W Singapurze kierowca taksówki nie jest „panem”. Mężczyzna sprzątający toalety na lotnisku Changi Airport nie jest „panem”. Osoba zbierająca brudne naczynia w food courtach również nie jest „panem”. W Singapurze mówi się „uncle” – wujek. I to jeden z tych społecznych fenomenów, które od początku mojego pobytu w tym kraju bardzo mnie ujęły.
Starszy mężczyzna to „uncle”, starsza kobieta to „auntie”. To naturalny, codzienny sposób zwracania się do osób starszych – trochę rodzinny, trochę ciepły, ale jednocześnie pełen szacunku. Najwięcej wujków spotykamy w taksówkach. Wielu z nich pracuje dziś jako kierowcy niezależni, korzystając z aplikacji takich jak Grab czy Gojek. Często mają ponad 65 albo 70 lat i niemal zawsze mają wyraźną osobowość.
Bo uncle w Singapurze to postać kolorowa, może nawet kultowa. Są wujkowie szorstcy – tacy, którzy napomną, upomną, przypomną, żeby nie trzaskać drzwiami, żeby je zamknąć, żeby uważać na mokry parasol. Są strażnikami porządku, czasem surowi, ale zazwyczaj bez złej intencji. Są też wujkowie bardzo uprzejmi i niezwykle rozmowni. I to moja ulubiona kategoria. Taki wujek w trakcie jednej przejażdżki potrafi opowiedzieć historię swojego dzieciństwa, wspomnienia z czasów, gdy Singapur dopiero się budował i bogacił. Opowiada o pierwszych osiedlach, o zmianach, o tym, jak z portowego miasta powstało jedno z najbardziej rozwiniętych państw świata. Czasami mam wrażenie, że jadę nie taksówką, lecz przez historię tego kraju.
Nie każdy uncle mówi płynnie po angielsku – dla wielu głównym językiem jest chiński lub malajski, co czasem powoduje drobne trudności w komunikacji. Jednak jeśli rozmowa jest możliwa, bardzo często okazuje się, że to niezwykle ciekawi i otwarci ludzie. W mieście, które jest perfekcyjnie zorganizowane, nowoczesne i szybkie, wciąż jest miejsce na krótką rozmowę, uśmiech i wymianę historii między pokoleniami. I może właśnie to najbardziej w Singapurze lubię – że nawet w tak efektywnym społeczeństwie relacje potrafią mieć rodzinny, ludzki wymiar.




