Dla wszystkich znających realia surowego systemu penalizacji posiadania i używania narkotyków oraz tzw. innych substancji odurzających w krajach bloku ASEAN, zaskoczeniem graniczącym niemalże z szokiem był rok 2018-ty, kiedy w buddyjskim królestwie Tajlandii zalegalizowano sprzedaż i spożywanie marihuany medycznej.
Wielu pamięta wszak książkę polskiego autora, Michała Pauli, „12 x śmierć. Piekło w Raju” opisującą 6-cio letnią odsiadkę Autora w tajskim więzieniu za próbę przemytu narkotyków oraz bezkompromisową postawę Tajów, głuchych na apelacje i prośby o ułaskawienie ze strony polskiej.
Ten teoretycznie odważny, chociaż sam w sobie bardzo kontrowersyjny ruch tajskiego rządu, okazał się jednak niczym w porównaniu z tym co przyniósł rok 2022-gi, kiedy to jakoby w „prezencie” za cierpienia spowodowane lockdownami covidowymi, 9-go czerwca weszły w życie nowe przepisy, przyćmiewające poprzednie i usuwające wszelkie możliwe wcielania konopi z listy narkotyków.
Oznaczało to ni mniej, ni więcej jak dekryminalizację „Marii” i zielone światło dla posiadania sprzedaży i uprawy marihuany na terenie Królestwa, rządzonego przez kontrowersyjnego króla Ramę X, Maha Vajiralongkorn’a, (Vajiralongkorn’a).
Nietrudno się więc domyśleć, że w odpowiedzi na nowe regulacje, tłumy amatorów „zielska” ruszyły na tajskie wakacje. Turyści głownie kupowali i spożywali je na tajskiej ziemi, chociaż byli i tacy, którzy syjamski zielony produkt prima sort, próbowali przemycać do siebie.

I tak to rajska Tajlandia, od Chiang Rai po wyspy Phi Phi zaroiła się niczym kiedyś Amsterdam coffeeshopami, oferującymi konsumpcję na miejscu i zakupy na wynos. Szacuje się, iż po roku 2022-gim konopie aka cannabis, sprzedawało ponad 18 000 sklepów i barów podobnych do swoich holenderskich protoplastów.
Karnawał konopi nie mógł jednak trwać wiecznie i tak samo szybko i niepodziewanie jak się rozpoczął zaczął się także zwijać. Rok 2025-ty wywrócił ostatecznie stolik z tajskimi jointami.
25-go czerwca rząd królestwa, postanowił ostatecznie cofnąć wcześniejsze prawa i wprowadził ponownie ostre ograniczenia.
Dzisiaj kwiatostany marihuany, czyli tzw. „buds” znowu znalazły się na cenzurowanym. I chociaż nie posiadają jeszcze statusu klasycznych narkotyków, sklasyfikowano je jako „controlled herb”, co w praktyce skutkuje podobnymi restrykcjami.
Prawo wprowadzone w czerwcu ub.r. zakazuje tak jak przed rokiem 2018-tym, rekreacyjnego palenia zioła w miejscach publicznych, posiadania oraz zakupu tegoż bez recepty a także importu i eksportu produktów zawierających cannabis.
Wciąż wolno natomiast używać marihuany medycznej na receptę, (wyłącznie) od tajskiego lekarza.
Dziś, kiedy piszę ten tekst w niektórych rejonach Tajlandii wciąż można jeszcze wieczorami kupić zioło, cześć sklepów stara się nadal funkcjonować z ofertą podpiętą pod nieformalne recepty lekarskie albo z oferowanymi, uproszczonymi procedurami medycznymi. Jak łatwo się domyśleć wykreowało to szarą strefę usług medycznych, które jednak jak sądzę, prędzej czy później zostaną zmiecione z tzw. planszy.
Za złamanie przepisów grozi dziś kara równowartości 700 $ (płatne w Bahtach), albo 3 miesiące w nieprzytulnym tajskim więzieniu.
Żeby nie być gołosłownym, po 25-tym czerwca 2025-go, aresztowano kilkukrotnie holendrów, którzy próbowali wywieźć z Tajlandii od 20 do 60 kg ziołowego suszu. Śmiałkom dla przykładu wlepiono kary od 10 000 euro do roku więzienia. Policja coraz częściej zatrzymuje też ludzi bawiących się i popalających przy tym konopie na plażach, na co uskarżają się płaczący i płacący po 700 $ kary biali turyści.
Najprawdopodobniej rozpoczęte w 2025 roku usuwanie cannabis z tajskiego krajobrazu skończy się szybko całkowitym zakazem palenia i posiadania.
Ale co tam … jak mówi przysłowie … łatwo przyszło, łatwo poszło … plaże i palmy zostały, turystyczne życie toczy się dalej.




