Kilka tygodni temu gruchnęła wiadomość, że na przełomie października i listopada da w Indonezji dwa koncerty światowej klasy śpiewak operowy Andrea Bocelli. Artysta ma zaśpiewać na Jawie dwa razy. Pierwszy występ obiedzie się 31 października Yogyakarcie, drugi 3 listopada w stolicy.
Nie ukrywam, że ostrzyłem sobie zęby na ten pierwszy z dwóch, a nawet trzech powodów. Pierwszy prozaiczny: mimo alternatywnego gustu i zacięcia lubię czasami posłuchać czegoś lub kogoś z górnej półki, a do takich bez wątpienia zalicza się Bocelli. Drugi powód to Yogyakarta, w której mieszkam, i świadomość, że los podsyła mi niepowtarzalną okazję praktycznie pod sam nos. Trzecim powodem było miejsce, jakie wybrano na yogyakartowski koncert. Ma się on odbyć w kompleksie wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO, przy największej buddyjskiej świątyni na świecie, czyli Candi Borobudur.
Jakież było moje zasmucenie i zaskoczenie, kiedy po wejściu na stronę sprzedającą bilety stwierdziłem, że niestety będę się chyba musiał zadowolić słuchaniem Bocellego w domu.
Najtańsze bilety, które praktycznie były biletami widmo, bo chyba nie pojawiły się w systemie, kosztowały — na polskie — 300 złotych. Te najtańsze z dostępnych, które również zniknęły szybciej, niż się pojawiły, kosztowały około 700 złotych. Nieco droższe — 900, kolejne 1400 i tak aż do 3500 złotych.
Czytając to, pamiętajcie, że koncert odbędzie się w mieście, w którym minimalna pensja wynosi 500 złotych miesięcznie i za taką kwotę przeżyć musi wielu nauczycieli, sprzedawców, kierowców itp.
No ale OK, przecież to Bocelli, nie bądźmy małostkowi. Poza tym nauczyciele są po to, by uczyć, szewcy, by robić buty. Oni mogą posłuchać operowych arii na YouTubie.
Ale do brzegu. Bijąc się wciąż z myślami: kupić czy nie kupić ten bilet w głębi serca liczyłem po cichu na to, że lada dzień zostaną już tylko te najdroższe i będę mógł spojrzeć sobie samemu w lustro i z ręką na sercu powiedzieć … kurczę, nie stać mnie.
Aż tu z wybawieniem z rozterek przyszła znienacka Rada Ulemów Indonezji. Ale czym zatem jest Rada Ulemów i co łączy ją z włoskim śpiewakiem operowym?
Rada Ulemów Indonezji, czyli Majelis Ulama Indonesia (MUI), to organizacja skupiająca muzułmańskich uczonych religijnych i przedstawicieli środowisk islamskich w Indonezji. Jest uznawana za ważny głos opiniotwórczy w tutejszym świecie muzułmańskim. I ta właśnie Rada wystosowała apel do organizatorów oraz rządu, domagając się odwołania obu indonezyjskich koncertów. Powód? Podejrzenie, graniczące — zdanie przedstawicieli MUI — z pewnością, że muzyk popiera Izrael w jego konflikcie z Palestyńczykami.
Przewodniczący komisji ds. stosunków zagranicznych MUI, Sudarnoto Abdul Hakim, stanowczo zadeklarował, że rząd Republiki Indonezji powinien bez wahania i ceregieli odrzucać z automatu wszelkie wydarzenia z udziałem osób wspierających syjonizm.
No a skoro ulemowie pogrozili palcem, trzeba brać pod uwagę każdy możliwy wariant nadchodzących wydarzeń. Sudarnoto Abdul Hakim, chcąc nadać swoim zastrzeżeniom większą wagę, odwołał się do historycznego sprzeciwu Indonezji wobec kolonializmu oraz do ucisku, jakiego — jego zdaniem — doświadcza dziś naród palestyński ze strony Izraela. Przypomniał o udziale Bocellego w wydarzeniu w Los Angeles w 2010 roku, podczas którego zbierano fundusze dla izraelskiej armii (IDF), a także o koncercie, który włoski śpiewak dał w Tel Awiwie w roku 2022.
Ulema wyraził przy tym swoje rozgoryczenie domniemanym poparciem dla koncertów AB ze strony ministerstw turystyki, kultury i gospodarki kreatywnej. Są bowiem, zdaniem Sudarnoto, kwestie elementarne, o których się nie dyskutuje i które należy odrzucać bez względu na kaliber artysty czy dziedzinę życia, której dotyczą. W wywiadzie udzielonym po wystosowaniu apelu MUI powiedział wprost – „Nie dawajcie sceny nikomu, kto uczestniczy w finansowaniu zabijania mieszkańców Gazy i Palestyny”.
I tak oto dobrnęliśmy do końca, chociaż niekoniecznie do happy endu. Znając Indonezję i to, jak sprawy się tutaj toczą, śmiem sądzić, że melomani z Jawy z dużym prawdopodobieństwem mogą obejść się smakiem i nie zobaczyć swojego niewidomego wirtuoza na indonezyjskich scenach. Pozycja religii w życiu Indonezji jest tak mocna, że nie ma instytucji, która byłaby na tyle odważna, by wziąć się z ulemami za bary. Jeżeli MUI nie odpuści, byłbym gotów postawić garść orzechów przeciw żołędziom, że Bocelli nie zaśpiewa przy murach ponadtysiącletniej buddyjskiej świątyni Borobudur.
Znam co prawda historię z kawą luwak, którą ta sama Rada Ulemów uznała kiedyś za wyrób nieczysty, „non halal”, by po jakimś czasie, być może za namową „argumentów” ze strony lobby kawowego, zmienić pierwotne zdanie. Dziś kopi luwak piją miliony kawoszy, również wyznawcy islamu.
Jest jednak też casus Israela Houghtona, amerykańskiego muzyka, któremu zarzucono opowiadanie się po stronie Izraela, wpisano go na listę Subject of Interest (SOI) i zapowiedziano, że wiza nie zostanie mu wydana ze względu na postawę niezgodną z oficjalnym stanowiskiem Indonezji w kontekście konfliktu palestyńsko-izraelskiego.
Punktem ucinającym wszelkie spekulacje, a przy tym ponad wszelką wątpliwość potwierdzającym moje obawy, niech będą mistrzostwa świata FIFA U-20 w piłce nożnej mężczyzn, które miały odbyć się w 2023 roku. FIFA dopuściła do imprezy ekipę Izraela, która pomyślnie przebrnęła przez eliminacje, zapewniając sobie udział w turnieju. Pech chciał, że impreza miała odbyć się na Jawie i Bali, co spotkało się z ostrymi protestami na archipelagu. W tamtym sporze prym wiódł gubernator Bali, Wayan Koster, rządzący na wyspie, na której ekipa Izraela miała rozgrywać swoje mecze. Mimo że była to pierwsza impreza FIFA tej rangi organizowana w Indonezji, ideologia wzięła górę, Indonezja straciła prawo organizacji mundialu, a impreza odbyła się w zastępstwie w Argentynie. Co ważniejsze, w tamtym proteście nie angażowali się ulemowie.
Gdybym miał zatem zająć jednoznaczne stanowisko w kwestii koncertu Bocellego, uważam, że jeśli MUI nie zajmie jasnego stanowiska w najbliższych dniach, śpiewak nie zaśpiewa na Jawie.
Dobrze, że nie wszedłem w posiadanie biletu, bo kto wie, czy nie zostałbym z nim jak kiedyś Jan Himilsbach z językiem angielskim.


