Malezja planuje stopniowe odchodzenie od wytwarzania energii elektrycznej z węgla. Według ministra gospodarki Akmala Nasrullaha Mohda Nasira ostatnia elektrownia węglowa w kraju ma zostać zamknięta do 2044 roku. Brzmi znajomo?

Europa też chce odejść od węgla.

Tyle że Malezja ma na tę transformację nieco inny pomysł. Nie oznacza to bowiem, że kraj zamierza po prostu wyłączyć elektrownie węglowe i sprawić, by słońce i wiatr załatwiły resztę.

Dodatkowa energia ma pochodzić między innymi z nowych elektrowni gazowych. Zakłada się, że do 2032 roku kraj potrzebował będzie około 9 GW dodatkowej mocy gazowej.

I nie chodzi tu wyłącznie o zastąpienie jednego paliwa innym, ale o fakt, iż Malezja ma coraz większy problem z rosnącym zapotrzebowaniem na energię. Jednym z jego najważniejszych powodów jest błyskawiczny rozwój centrów danych.

Według malezyjskiej Komisji Energetycznej centra danych odpowiadają obecnie za rekordowe 9,3 proc. zużycia energii elektrycznej. Prognoza na nadchodzące lata przewiduje, iż do 2035 roku będzie to nawet rząd 31 proc. zapotrzebowania energetycznego Półwyspu Malajskiego. AI, serwerownie i chłodzenie generują zapotrzebowanie na gigantyczne ilości prądu potrzebnego do ich działania.

Czyli mamy z jednej strony transformację i świetlaną przyszłość, a z drugiej ślepy zaułek postępu.

W Europie często słyszy się argument:

„Po co ograniczać węgiel i przemysł, skoro Azja i tak będzie emitowała coraz więcej CO₂?”

Malezja pokazuje, iż rzeczywiście chce odejść od węgla. Nie planuje nowych elektrowni węglowych, a ostatnia istniejąca ma, jak wspomniałam zostać wycofana do 2044 roku. Jednocześnie jednak zwiększa rolę gazu, a trudno bezrefleksyjnie udawać, że gaz jest paliwem zielonym, gdyż nim nie jest.

To nadal paliwo kopalne. Jest jednak mniej emisyjny od węgla i może stabilizować system w okresie przejściowym.

Malezja nie mówi: „Jutro przechodzimy całkowicie na OZE”, lecz: „Najpierw pozbędziemy się najbardziej emisyjnego źródła energii, zabezpieczymy system gazem, rozbudujemy sieć, a następnie będziemy zwiększać udział odnawialnych źródeł energii”.

I być może właśnie w tym tkwi największa różnica między politycznymi sloganami Brukseli a prawdziwą transformacją energetyczną.

Nie wystarczy zamknąć kopalnie i elektrownie. Trzeba jeszcze czymś zastąpić produkowany przez nie prąd.

Można szybko postawić panele słoneczne. Tylko potem trzeba mieć sieć, która odbierze  i roześle produkowaną przez nie energię.

Chcąc nadążać za rozwojem, trzeba budować centra danych dla AI, a te trzeba czymś zasilić. I właśnie dlatego Malezja potrzebuje jednocześnie gazu, nowych sieci przesyłowych i OZE w drodze do nowej zielonej rzeczywistości… jeśli takowa kiedyś nadejdzie.

To jest moim zdaniem rozsądna próba znalezienia energetycznego kompromisu.

Tym bardziej że Malezja deklaruje zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii do 40 proc. mocy w roku 2035 i 70 proc. w roku 2050.

Czy malezyjski pomysł na transformację energetyczną okaże się lepszy od europejskiego? Tego jeszcze nie wiemy. Ale jedno jest dziś pewne.

Transformacja nie będzie polegała wyłącznie na zamykaniu elektrowni węglowych i budowaniu farm fotowoltaicznych. Będzie polegała przede wszystkim na odpowiedzi na pytanie:

Skąd wziąć wystarczająco dużo taniej, stabilnej i jednocześnie mniej emisyjnej energii, kiedy świat zaczyna potrzebować jej coraz więcej?